Podsumowanie październikowego wyzwania

Październik bez mięsa miał być miesięcznym wyzwaniem, które zmieniło się w nowy sposób życia. Wbrew obawom wcale nie było trudno wyeliminować mięso z diety, nie odczuwałam jego braku, a przede wszystkim nie chodziłam głodna, czego bardzo się obawiałam.

Decyzja o wyzwaniu narodziła się z dnia na dzień. Przed wyzwaniem wegetarianizm był dla mnie czymś pozytywnym, ale odnosiłam się do niego z lekką rezerwą, tłumaczyłam go miłością do zwierząt i troską o ich los. Natomiast weganizm nie był dla mnie zrozumiały w żaden sposób, traktowałam go jak taką małą fanaberię. Wyzwanie poszerzyło moje horyzonty w zakresie diet roślinnych o nieprawdopodobne zasięgi! Powodów do niejedzenia mięsa jest tyle, że każdy argument mógłby stanowić temat osobnej książki. Poznane argumenty w połączeniu z moją niechęcią do mięsa zadecydowały o decyzji do pozostania na diecie bezmięsnej, a w dalszej przyszłości do przejścia na weganizm. Bogactwo przepisów wegetariańskich i wegańskich jest tak ogromna, że lista „muszę wypróbować” zapełniła mi niemal wszystkie dni przyszłego roku! Nieprawdą jest też, że dania bezmięsne są bardziej skomplikowane i potrzeba na nie więcej czasu – wręcz przeciwnie. A jeśli będziecie jeść sezonowo i lokalnie, to z pewnością wydacie na jedzenie mniej.

Niestety, pomimo ogromnych chęci, nie udało mi się nie jeść mięsa przez cały miesiąc. Kilka miesięcy temu zarezerwowaliśmy sobie tydzień w Kołobrzegu na przełomie października i listopada. Śniadania i kolacje nie stanowiły problemu, ale obiady były serwowane, a nie było możliwości wyboru menu wegetariańskiego. Marnowanie jedzenia jest dla mnie nie do przyjęcia, a że wszystkie konsekwencje wyprodukowania naszej porcji obiadu zostały już poniesione, nie mogłam dopuścić do tego, żeby to mięso zostało wyrzucone. Druga rzecz, że jako mama karmiąca nie mogę się głodzić, a ziemniaczki i surówka to jednak za mało, żeby wytrzymać do kolacji, więc z pewnym żalem, ale mięsny obiad jadłam przez całe 6 dni.
Oprócz tego tygodniowego odstępstwa od diety bezmięsnej raz w tygodniu jedliśmy rybę – jestem tak przyzwyczajona do tego, że ryba jest daniem postnym, że nie wyeliminowałam jej (jeszcze) z diety; inna kwestia, że to był taki łącznik nowej ze starą dietą.

Zgodnie z przewidywaniami nie przytyłam, przeciwnie, na zakończenie miesiąca odnotowałam wagę 59,4 kg (przed wyzwaniem było to 61.4 kg). Wyniki morfologii krwi są zbieżne. Oprócz morfologii przebadałam sobie kontrolnie poziom żelaza – w normie, oraz lipidogram – zrobiłam to badanie z czystej ciekawości i żeby mieć jakieś wyniki do analizy na planowaną wizytę u dietetyka. Nie jadłam tłusto, sosów nie stosowałam, nie objadałam się słodyczami, miesiąc nie jadłam mięsa (prawie), więc jakie było moje zaskoczenie, nie, szok, kiedy zobaczyłam jego wyniki! Praktycznie wszystkie elementy lipidogramu mieszczą się w kategorii „u osób z bardzo dużym ryzykiem, po zawale serca i udarze mózgu„! Tłumaczę to sobie brakiem ruchu, ale i tak jestem głęboko zaniepokojona i z pewnością muszę mocno przeanalizować swój tryb życia i wprowadzaną dietę. Niech to będzie przestroga również dla Was, żeby przynajmniej raz w roku zrobić sobie solidny „przegląd”.

Przy okazji wyjazdu do Kołobrzegu miałam okazję do paru przykrych refleksji. Życie w Polsce dla wegan jest doprawdy upierdliwe! Muszą albo brać ze sobą jedzenie, albo nadkładać drogi, żeby znaleźć odpowiednie miejsce dla siebie. A o 8 rano, kiedy po całonocnej podróży z małymi dziećmi, marzy się o ciepłym śniadaniu, znalezienie otwartej kawiarni, lub restauracji bywa na prawdę wielkim wyzwaniem. I co? Jak zwykle skończyło się w MC`Donalds. Na śniadanie wzięłam kajzerkę pełnoziarnistą z jajkiem i pieczarkami. No i dajcie spokój, pieczarki były tak obrzydliwe, że na prawdę ciężko było to ciepłe śniadanie zjeść do końca. Natomiast sam Kołobrzeg (w rozsądnych godzinach) oferuje nie tylko menu z rozpiską na alergeny, ale w wielu knajpkach znajdziecie dania wege, albo np. możliwość wybrania do kawy różnego rodzaju „mlek” roślinnych.

vege burger

Wyzwanie miało też dodatkowe pozytywne efekty: odkryłam kilka fajnych blogów, zdobyłam parę wartościowych książek i poznałam fajne osoby na mojej grupie facebookowej – dziękuję Wam za wsparcie i aktywność na grupie! 🙂 Dodatkowymi zaletami wykluczenia mięsa jest oszczędność czasu – po pierwsze nie trzeba stać w kolejkach po mięso, po drugie oszczędza się czas na przygotowaniu potraw – jednak obróbka mięsa jest bardzo czasochłonna. I nie do przecenienia kolejna zaleta – zdecydowanie ubyło mi plastikowych śmieci – opakowań po mięsie z marketów, folii z wędlin i woreczków z pakowanego mięsa. Także same plusy! 🙂

 

 

O autorze

Aneta Bywalec
Aneta Bywalec

Z zamiłowania przyrodnik, w życiu szczęśliwa żona i mama. Jeśli masz pytania lub uwagi, napisz do mnie: aneta@bpbywalec.pl

2 komentarze

Skomentuj
  • Bardzo się cieszę, że zmiana diety pozytywnie Cię zaskoczyła!

    Kiedyś sama podchodziłam do wegetarianizmu sceptycznie, ale kiedy dałam się przekonać, wciągnęło mnie tak, że szybko zdecydowałam się na weganizm. Byłam weganką 4 lata, rok temu wróciłam do jedzenia lokalnych wiejskich jaj, masła i twarogu, kiedy byłam w ciąży. Bogactwo roślin i kreatywność w kuchni oraz fakt, że poszerza się horyzonty wiedzowo-kulinarne są nieocenione! Ale niestety weganizm w Polsce to sprawa trudna społecznie. Odbierana niestety jako fanaberia.

    Ze swojej strony polecam gorąco blogi „Jadłonomia” oraz „Wegan Nerd” + książki Marty Dymek i Alicji Rokickiej. Polecam też książkę „Odżywianie dla zdrowia” Paula Pitchforda!

    Trzymam kciuki za zdrową dietę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *