Do tej pory najbardziej zrobiły na mnie wrażenie i zapadły w pamięci dwa reportaże: „Krzyk Czarnobyla” Swietłany Aleksijewicz oraz „Głód” Martína Caparrósa. Teraz mogę do tego zestawienia dodać reportaż Lindy Polman „Karawana kryzysu”.

Mogę postawić przy tych książkach/reportażach 2 znaki wspólne: treść wszystkich była dla mnie pewnym zaskoczeniem, objawieniem prawd, które nie są proste, a więc przez wielu negowane, odrzucane, czy też przemilczane. Drugą cechą wspólną jest to, że każda z nich obnaża kryzys człowieczeństwa. Tak: kryzys człowieczeństwa, mimo, że dla wielu może wydawać się to początkowo nieoczywiste.

Jednak zarówno o „Krzyku Czarnobyla” jak i o „Głodzie” napisałam już recenzję, do których odsyłam, więc tu skupię się jedynie na „Karawanie kryzysu – Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej”.

Nieumiejętna pomoc, to zła pomoc

Nieumiejętne pomaganie szkodzi. Brak pomysłu na pomoc może wywołać spory chaos, a dawanie czegokolwiek potrzebującym „bo nic nie mają, więc na pewno się z tego ucieszą” jest bardzo złudne. Zgodnie z tą filozofią poszkodowani w tropikach otrzymują koce termiczne, głodne dzieci w Nigerii przeterminowaną karmę dla psów, a ofiary powodzi w Holandii tony ubrań i pluszaków.

Każda pomoc, która prowadzi do uzależnienia ludzi, którym się pomaga
i pozbawia ich samodzielności jest złą pomocą

Filozofię ryby i wędki w kontekście pomocy potrzebującym przyswoiłam już jakiś czas temu. Wiem też, że nasza empatia i chęć pomocy innym ma zgoła inny skutek, niż moglibyśmy oczekiwać. Jednak w żadnym stopniu nie byłam przygotowana na patologię pomocy humanitarnej, którą w swoim reportażu przedstawiła Linda Polman. A zgłębiła temat od podszewki z racji tego, że jako dziennikarka była wysyłana tam, gdzie międzynarodowa pomoc humanitarna prowadziła swoje działania. A takie działania mają niestety drugie dno.

Czarna strona pomocy humanitarnej

Powyższe odnosiło się do nas: osobom pomagającym, darczyńców. Jednak Linda Polman obnaża w swoim reportażu czarną stronę zorganizowanej pomocy humanitarnej, opisując jak dziurawy, nieudolny i często szkodliwy jest „przemysł pomocy humanitarnej”.

Czytając tę książkę zwątpienie miesza się z oburzeniem. Bo skoro coś tak pierwotnego jak empatia i chęć niesienia pomocy innym da się całkowicie wypaczyć i co gorsza uczynić z tego biznes, to czy ludzkość ma jeszcze jakieś cnoty dające nadzieję na lepszą przyszłość?

Nie wiem co mnie bardziej oburzyło: to, że organizacje rywalizują ze sobą robiąc na pomocy własny biznes, przy okazji napędzając wewnętrzne konflikty, czy to, że sponsorują dziennikarzy, aby Ci jak najkorzystniej dla nich przedstawili obszar dotknięty konfliktem/klęską, aby pozyskać więcej darczyńców. Więc im więcej okaleczonych ciał, zwłaszcza dziecięcych, tym więcej poruszonych serc skłonnych otworzyć kieszenie.

Petunia non olet – pieniądze nie śmierdzą

Pierwszy istotny problem międzynarodowej pomocy humanitarnej to chęć pozyskania jak największej ilości środków. Organizacje humanitarne nie są rozliczane z otrzymanych funduszy, a z tego co opisuje Linda Polman, wielu pracowników dobrze się za te fundusze bawi. Niestety często w pierwszej kolejności pomoc zostaje przeznaczona na odbudowę ekskluzywnych hoteli, pól golfowych, czy kasyn, gdzie pracownicy pomocy humanitarnej nieźle się bawią.

Rozwój powinien być zawsze ostatecznym celem pomocy humanitarnej.

Jednak ciężko mówić o rozwoju, kiedy zamiast przekazać odbudowę obszaru dotkniętego klęską żywiołową/konfliktem zbrojnym przekazać lokalnym firmom i korzystać z lokalnych materiałów, to zleca się to drogim firmom w Stanach Zjednoczonych czy Europie i sprowadza się większość materiałów. Na co przeznaczony jest znaczny procent otrzymanych funduszy. N dodatek często są realizowane projekty, które dobrze wyglądają dla sponsorów, ale są zupełnie nietrafione dla lokalnych mieszkańców: np. piękna szkoła, w której nie ma nauczycieli, czy droga na obszarze, na którym nie ma czego przewozić.

Jest też drugie dno przepływu humanitarnej kasy, znacznie bardziej poważniejsze. Duża część pomocy trafia do bojowników i terrorystów. I to nie tylko wskutek grabieży. Żeby dostać się do osób potrzebujących pomocy, często organizacje humanitarne muszą wykupić sobie przejście u rebeliantów.

Często więc pomoc jest bronią obosieczną, bo pomagając ofiarom konfliktu finansuje się ich oprawców. Neutralność i bezstronność, główne zasady Czerwonego Krzyża przynoszą tyle samo dobrego, jak i złego.

Negatywne skutki pomocy

We came, we fed them, they got strong, they kicked our asses.

Jeden z żołnierzy o pomocy udzielonej w Somali w 1995 roku

Pojęcie refugee warriors odnosi się do wojowników przybierających status uchodźcy. Szacuje się, że od 15-20% uchodźców w obozach dla uchodźców to właśnie oni.

Chyba najsłynniejszym przykładem refugee warriors są żołnierze Hutu, którzy po ludobójstwie na swych rodakach Tutsich uciekli z kraju i otrzymali pomoc organizacji humanitarnych. Pomoc była zakrojona na ogromną skalę, jednocześnie w obozie w dalszym czasie trwała eksterminacja wszelkich osób sprzyjających Tutsi. Hutu rośli w siłę, zbierali zasoby i broń i po czasie znów napadli na swoich rodaków. Warto napomnieć, że w czasie pomocowej El Dorado, które spłynęło na uchodźców – ludobójców, prawdziwe ofiary nie otrzymały praktycznie żadnej pomocy i zainteresowania międzynarodowej pomocy.

Z książki płynie jeden bardzo ważny wniosek: pomagać trzeba potrafić. Jest to złożony proces wymagający diagnozy: kto i w jaki sposób ucierpiał, jaka pomoc jest najpilniejsza, jakie zasoby będą dla poszkodowanych użyteczne.

Sama autorka tak komentuje swój reportaż:

Linda Polman

Moja książka jest próbą zatrzymania ucieczki przed pytaniami i rozpoczęcia dyskusji poświęconej sposobom poprawy sytuacji obecnej.

Rozumiem zamysł autorki, którym było obnażenie kulejących zasad kierujących międzynarodową pomocą humanitarną. W tym celu naszpikowała książkę bulwersującymi przykładami i ukazała druzgocące skutki niewłaściwej pomocy humanitarnej. Jednak czuję pewnego rodzaju niesprawiedliwość, że nie wskazała choć jednego przykładu sukcesu takiej pomocy, przez co osoby angażujące się w pomoc charytatywną mogą się poczuć tak, jakby ich starania nie były nic warte, a co gorsze odbierane przez innych jako wyrachowane działania mające na celu jedynie czerpanie własnych korzyści.

Niemniej jednak bardzo polecam lekturę tej książki, aby wyjść z własnej strefy nieświadomej ignorancji na tematy tak ważne.


Więcej książkowych recenzji znajdziesz klikając w poniższą grafikę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.